Home Aktualności Gąski gotowe do wojny

Gąski gotowe do wojny

0
0

Ten pojedynek przypomina walkę Dawida z Goliatem. Z jednej strony niewielka lokalna społeczność, a z drugiej rząd i wielki koncern energetyczny. Mieszkańcy Gąsek są jednak przekonani, że podzielą losy biblijnego Dawida i zwyciężą.

Są nieufni wobec nieznajomych. Bacznie obserwują każdy ich ruch. Jeśli przyjedziesz tutaj autem na obcych rejestracjach, kręcisz się po okolicy z aparatem albo wyciągniesz na ulicy mapę lub teczkę, możesz mieć pewność, że za chwilę pojawi się towarzystwo.

– Nic nie umyka naszej uwadze. Mamy swój system powiadamiania. Jak tylko pojawi się ktoś podejrzany, to zaraz się skrzykujemy i za kilka minut jesteśmy na miejscu. Zwarci i gotowi – mówi z nieskrywaną dumą Wiesław Piątek, radny z Gąsek (gmina Mielno).

 

Kluczem do sukcesu są SMS-y i zasada „podaj dalej”. Powodem nadzwyczajnej czujności – Polska Grupa Energetyczna. – To najeźdźcy i nasi najwięksi wrogowie. Napadli nas, więc traktujemy ich jak bandytów – nie przebiera w słowach radny, prezentując przy tym ręczną syrenę alarmową, którą zabiera na pikiety i demonstracje.

Bunt wobec PGE zrodził się niespodziewanie. Był piątek, 25 listopada ubiegłego roku. Prezes spółki ogłosił wtedy trzy potencjalne lokalizacje pierwszej w Polsce elektrowni atomowej. Padło na Żarnowiec, Choczewo i Gąski. Tej ostatniej miejscowości nikt wcześniej nie brał po uwagę. Nie było jej nawet w rankingu lokalizacji opracowanym przez resort gospodarki. Inwestor postawił jednak na bliskość morza, które chce wykorzystać do chłodzenia reaktorów, oraz dostępność ziemi, bo działka należy do skarbu państwa i jest wyłączona z unijnego programu Natura 2000.

Na wieść o decyzji we wsi zawrzało. Awersję do PGE i energetyki jądrowej widać tutaj na każdym kroku. Trupie czaszki na żółtym tle są wszędzie. Wiszą na płotach, w oknach, a nawet na szybach samochodów.

Nogi z waty

Zajeżdżam pod sklep spożywczy, bo poza sezonem tylko tutaj widać ruch. Nad wejściem wielki transparent  z napisem: „Stop elektrowni atomowej w Gąskach”. Na ladzie leżą ulotki: „Promienna przyszłość regionu – powiedz nie!”, „Precz z atomem”, „Gąski – strefa śmierci”. Przy skrzynkach z piwem wiszą plakaty nawiązujące do Fukushimy i Czarnobyla.

– To spadło na nas jak grom z jasnego nieba – mówi stojąca za kasą Małgorzata Jaroszewska. – Przybiegł do mnie jeden klient i krzyczy, że elektrownię atomową będą tutaj stawiać. Najpierw go wyśmiałam, ale jak zaczęli się zjeżdżać dziennikarze, to nogi mi się ugięły, bo dotarło do mnie, że to jednak prawda – wspomina.

Radny Piątek też na początku nie wierzył: – Pracowałem w gospodarstwie, kiedy zadzwonił znajomy z Poznania. Pytał, czy to u nas będzie ta elektrownia. Zapewniłem go, że nie o te Gąski chodzi, bo jako radny na pewno bym coś wiedział. Potem był kolejny telefon, że w telewizji pokazują jednak naszą latarnię morską…

– Nikt nas nie uprzedził, czujemy się oszukani. Informacja o tym, że będą nam bombę pod nosem budować przyszła z mediów. Ani sołtys, ani wójt, nikt nic nie wiedział, czy tak powinna wyglądać demokracja? – pyta retorycznie Paweł Reszke.

Walka o kasę

Dopóki nie pokażę legitymacji dziennikarskiej, mieszkańcy Gąsek są oszczędni w słowach. Kiedy upewnią się, że nie jestem wysłannikiem wroga, rozwiązują języki. Każdy ma swoje powody, by protestować, ale wspólnym mianownikiem są pieniądze.

– Dla nich to tylko kolejna decyzja, a moje życie legnie w gruzach. Mieszkam obok tego pola, jak elektrownia powstanie, to mnie eksmitują – irytuje się Jarosław Weresiński. – Teraz ziemia u nas droga, bo to region turystyczny, ale jak ruszy inwestycja, to ceny polecą na łeb, a oni wtedy wyliczą nam rekompensaty. Zainwestowałem 1,5 mln zł, a dostanę góra 500 tys. zł. I gdzie tu sprawiedliwość? Człowiek całe życie zasuwał, a skończy bez własnego kąta i na bezrobociu, albo będzie zapieprzał u kogoś za 1200 zł.

O swoją przyszłość boi się też Paweł Reszke: – Mamią nas nowymi miejscami pracy przy elektrowni, ale my nie jesteśmy naiwni, ta praca nie będzie dla nas! Ściągną sobie swoich specjalistów. Wybiorą dużego wykonawcę, który przywiezie tutaj wszystko: sprzęt, ludzi i całe zaplecze dla nich. Potem w elektrowni też przecież nie dadzą pracy zwykłemu rolnikowi. Całe to ich gadanie, to czysta propaganda!

Monika Wieruszewska, prezes Stowarzyszenia Rozwoju Miejscowości Gąski, swą niechęć do elektrowni tłumaczy tak: – Nie chcemy jej, ponieważ dorabialiśmy się tutaj od pokoleń. Mój dziadek rozpoczął w Gąskach inwestycje, potem mój tato je kontynuował, a teraz rodzinny interes rozwijam razem z bratem. Żeby sprostać oczekiwaniom turystów, pozaciągaliśmy kredyty, jak elektrownia powstanie, to żaden wczasowicz do nas nie przyjedzie. Wszystko padnie, a my zostaniemy bez środków do życia. Wpaja nam się, że przy elektrowni turystyka też będzie kwitnąć. Nie przeczę, że przyjedzie tu jakiś autokar, ale ludzie zrobią zdjęcia przy siłowni i wrócą, a teraz zostają u nas na 2-3 tygodnie.

Wiesław Piątek nie ma wątpliwości, że chłodzenie reaktorów wodą z morza odstraszy rodziny z dziećmi, a to one tutaj głównie wypoczywają. – Nawet jeśli pokaże się matce dokument, że to jest bezpieczne, to i tak nie puści malucha do wody – macha ręką radny.

Wstrzymane inwestycje

W Gąskach nie brakuje takich, którzy na wieść o elektrowni wstrzymali inwestycje. Tadeusz Marciniak miał budować 12 drewnianych domków dla turystów, ale rezygnuje. – Całą dokumentację mam załatwioną, trwały już prace nad projektami, ale kazałem je wstrzymać. Poczekam aż sprawa się wyjaśni. Ryzyka nie podejmę, bo nie mogę sobie pozwolić na wyrzucenie pół miliona złotych w błoto – tłumaczy.

Monika Wieruszewska zapewnia, że gdyby rok temu znała plany PGE, też by nie inwestowała i podkreśla, że w podobnej sytuacji jest w Gąskach wiele rodzin.  Jak mówi, niektórzy mają jeszcze większe zobowiązania, bo budują wielkie pensjonaty lub apartamenty.

– PGE zachowuje się tak, jakby chciało nam sprzedać towar codziennego użytku, a nie budować elektrownię. Według nich, spotkało nas wielki szczęście. Ale odbiór społeczny tej inwestycji jest dokładnie odwrotny. Widać to choćby po cenach nieruchomości. W Gąskach deweloper przed decyzją PGE sprzedawał mieszkania po 5,8 tys. zł za metr, a teraz nie może sprzedać za 3,5 tys. zł. Ludzie wolą nawet, żeby im zaliczka przepadła, byle tylko nie pakować się w nieruchomość tutaj  – opowiada Piątek.

Arogancja władzy

Gdy szok po decyzji PGE minął, wieś zakasała rękawy i zaczęła organizować ruch oporu. Ruszyła współpraca z sąsiednimi miejscowościami. – Bardzo się przez te protesty zintegrowaliśmy. Ludzie dają z siebie wszystko, panuje pełna mobilizacja. Każdy ma jakiś pomysł, każdy chce działać, czuć w ludziach solidarność i wolę walki  – zapewnia Monika Wieruszewska.

Powstały antyatomowe ulotki i transparenty. Opracowano wzór listu do premiera i ministerstwa gospodarki. Ludzie wpisują na nim tylko swoje dane, składają własnoręczny podpis, zaklejają kopertę, ślinią znaczek i puszczają poleconym.  – W kilka dni poszło z Gąsek 96 takich listów– zapewnia pracownica agencji pocztowej.

Efekt? Mizerny. Zofia Sumińska sarka na arogancję władzy: – Rząd się z nami nie liczy. Premier milczy, a ministerstwo odpisało, że przedwcześnie się obawiamy. Wtóruje jej mąż: – Skoro ta elektrownia to taka fajna sprawa, to niech sobie rząd wybuduje tutaj domy. Jeżeli stać państwo polskie na loty premiera na trasie Warszawa – Gdańsk, to do Gąsek też go dowiozą…

Błyskawiczne referendum

Jak do tej pory, największym osiągnięciem mieszkańców gminy było referendum. – Żeby ruszyć ludzi do urn jeździliśmy po okolicy ze sprzętem nagłaśniającym i robiliśmy próbne alarmy. Wycie syreny przemówiło mieszkańcom do wyobraźni – uważa radny Piątek.

– Szybka decyzja o referendum pokazuje, że jesteśmy dobrze zorganizowani. Ludzie podjęli decyzję świadomie, bo wcześniej robiliśmy liczne spotkania z ekspertami, którzy omawiali wady i zalety energii jądrowej. Wad było oczywiście więcej, stąd aż 94 procent głosujących powiedziało „nie” dla elektrowni – przypomina Monika Wieruszewska.

Przeciwko inwestycji zagłosowało 2237 osób, za było 125. Referendum jest ważne, bo frekwencja wyniosła 57 proc., a więc przekroczyła ustawowy próg. Czy rząd i inwestor uwzględnią wolę mieszkańców? Resort gospodarki, ustami Hanny Trojanowskiej, zapewnia, że tak. – Zależy nam na tym, aby pierwsza polska elektrownia jądrowa powstała przy aprobacie społeczeństwa – zaznaczyła pełnomocnik rządu ds. energetyki jądrowej. PGE wydał tylko oświadczenie, w którym czytamy, że wynik referendum  jest wyrazem obaw i emocji lokalnej społeczności, podsycanej przez przeciwników energetyki jądrowej.

– Inwestor uważa, że nie miał czasu na rzetelne przedstawienie swojego punktu widzenia, ale przecież to ich wina, że zaskoczyli nas swoją decyzją. Gdyby działali zgodnie z przepisami, powinni u nas już od 2009 roku prowadzić kampanię informacyjną – podkreśla Wieruszewska.

Bezimienni zwolennicy

Chcę także wysłuchać racji tych, którzy głosowali za elektrownią. W Gąskach to raptem 8 osób. Zwolennicy megawatów z atomu nie mają jednak twarzy. Pod nazwiskiem nikt nie chce się wypowiadać. – Na „tak” byli tylko ci, którzy jeszcze nie wytrzeźwieli, bo kto inny da sobie postawić przy domu atomówkę – rzuca kąśliwie Jarosław Weresiński.

Po kilku godzinach poszukiwań udaje mi się w końcu znaleźć kogoś, kto chce elektrowni.  Długo namawiam go na rozmowę. Godzi się, ale prosi o anonimowość. Boi się linczu. Każe wyłączyć dyktafon, bo gdyby nagranie wyciekło, to sąsiedzi rozpoznają jego głos.

– Jak się brało duży kredyt, to się teraz trzęsie portkami. Ja w interes budowany na pożyczkach nie wierzę, bo życie pisze różne scenariusze – mówi zapalając papierosa. – Bez turystów też można wyżyć. Są tysiące wiosek w kraju, które radzą sobie bez nich. Polsce potrzebna jest energia, bo wkrótce zabraknie nam prądu, ale żeby to zrozumieć, trzeba widzieć więcej niż czubek własnego nosa – dodaje wyraźnie zdenerwowany.

Pytam, czy się nie boi awarii? – Gdyby tak wszystkiego się bać, to trzeba by odstawić jedzenie z konserwantami, zrezygnować z telefonów komórkowych i rzucić palenie lub alkohol – ucina dywagacje. Po chwili namysłu dodaje: – Teraz Gąski czy Sarbinowo niczym szczególnym się nie wyróżniają na tle innych nadbałtyckich miejscowości, a jak powstanie elektrownia, to przynajmniej będzie jakaś dodatkowa atrakcja turystyczna.

Idziemy na całość

Ostateczna lokalizacja pierwszej polskiej elektrowni atomowej będzie wybrana do końca przyszłego roku. Zgodnie z harmonogramem spółki, budowa zacznie się z początkiem 2016 roku, a pierwszy reaktor ruszy cztery lata później. Mieszkańcy znają te plany i zapewniają, że broni składać nie zamierzają. Wiedzą, że to dopiero początek batalii. Jesteśmy gotowi na długą wojnę – deklarują.

– Jeśli rząd i inwestor nie uszanują naszej woli i rozpoczną badania, to na pewno je oprotestujemy. Nie ugniemy się, jesteśmy zdeterminowani, więc nie wykluczamy bardziej radykalnych działań niż demonstracje, ulotki i spotkania.  Nie ręczę za mieszkańców, bo są bardzo bojowo nastawieni – ostrzega Monika Wieruszewska. – Teraz idziemy na całość, będziemy walczyć  o całe wybrzeże, a nie tylko Gąski. W Choczewie i Żarnowcu zawiązały się antyatomowe komitety obywatelskie, więc będziemy działać z potrojoną siłą. Wspierają nas także ekolodzy. Plan walki mamy ułożony aż do wakacji – ujawnia.

Protestujący nie ukrywają, że czekają na sezon, bo wtedy dołączą do nich turyści. – Latem przyjeżdża tu ok. 100 tys. ludzi. Jak będzie trzeba, to damy im nawet darmowe noclegi i wyżywienie, żeby razem z nami robili zadymy – zdradza Wiesław Piątek.

– Niech się tylko tutaj pojawią ze sprzętem, to zobaczą, na co nas stać. Będą biedni. Już ich raz pogoniliśmy. Przyjechali dla niepoznaki pożyczonym busem, ale my ich namierzyliśmy i otoczyliśmy. Własnymi autami blokowaliśmy drogę. Był z tej akcji nawet film na YouTube, ale go usunęli – opowiada jeden z mieszkańców Gąsek.

Radny Piątek ma świadomość, że taka walka może być kosztowana, ale o finanse jest spokojny. – Liczymy się nawet z tym, że będziemy musieli wynająć prawników. Wszystko sfinansujemy z naszych kieszeni. Jeśli zajdzie taka konieczność, możemy nawet zaniechać wszelkich inwestycji, ale na walkę pieniądze znajdziemy.

Czy wierzą w zwycięstwo? – Gdybyśmy nie wierzyli, to byśmy nie walczyli. Liczymy na pomoc wszystkich tych, którzy przyjeżdżają wypoczywać nad Bałtyk. Od polityków żadnego wsparcia nie chcemy, bo są fałszywi. Przyjeżdżają do nas tylko po to, by ugrać coś dla siebie lub swoich partii, a nasze problemy ich nie interesują.

– Jestem przekonana, że wszystko, co robimy, ma sens. Wierzę w wygraną i to nie tylko w Gąskach, ale w całym kraju. Świat odchodzi od atomu, Polska też go nie potrzebuje.  Są inne możliwości pozyskiwania energii – konkluduje pani Monika.

Autor: Przemysław Pruchniewicz Onet.pl >>
]]>

Załaduj więcej... Aktualności

Zobacz również

Sukces w ochronie ptaków wodnych

Rok temu do naszego punktu interwencji środowiskowych wpłynęło zgłoszenie o notoryczn…